czwartek, 22 grudnia 2011

Świąteczna Lista marzeń ...

Święta za pasem ,a ja marzę aby.... minęły i żeby rok 2011 jeszcze szybciej się skończył....
Tak dał mi w kość.Wszystko jest w nim na opak, nawet śniegu na święta nie widać. Łudzę się ,że magiczne przejście z 24 godziny w sylestrową noc zmieni wszystko w moim życiu ;) a przecież to tylko róznica minuty....
Miałam pomysłow od groma na świąteczne dekoracje, czego ja w tym roku nie zrobię na te święta myślałam oglądając cudne pomysły koleżanek w blogowym świecie ....
Ale jak to w tym paskudnym dla mnie roku bywa  ;) nie wiele mi się z nich udało zrealizować, a czasu już nie ma .
Pożegnałam tydzień temu drugiego już mojego kociaka , po dwóch tygodniach walki o jego młodzutkie niespełna 2 letnie istnienie...Karolka już z nami nie ma, nie pogada , nie popsoci...
W zeszłym roku przy choinkowych dekoracjach miał maluch mnóstwo uciechy, strącając nisko zawieszone bombki, płakałam ubierając tegoroczną choinkę... ale cóż jak to z czasem bywa , ma przepiękną właściwość kiedy jest nam źle - mija .I tego się trzymam ,odliczjąc godziny do końca roku,
Aby było choć trochę widać te święta nie tylko na choince, przerobiłam stare sito na stroik świąteczny, a baniak po winie na świąteczną lampkę.


Nie do końca pożegnałam się z miastem ,i jak to bywa z dualizmem Ryb stoję w rozkroku pomiędzy życiem w mieście i na wsi , mam więc dwie skrajnie różne choinki w obu domach ;


Czarną,karnawałową  w mieście i spokojną białą na wsi.Tyle mi się udało na te Święta poczynić .Naturę też mam rozdartą pomiędzy dwoma światami,liczę że spokój nadejdzie w przyszłym roku i stanie w rozkroku już będzie za mną;)
Życzę sobie i Wszystkim spokojnych Świąt i nie wspaniałego, nie cudownego, nie przepięknego, poprostu lepszego roku 2012.Może być nawet tylko odrobinę lepszy ;) Mi to wystarczy;) Pozdrawiam

piątek, 11 listopada 2011

Spóźnione Halloween Glamour...

Halloween Glamour
Niestety w tym roku wyjątkowo w smutku , a nie w zadumie spędzałam pierwszy listopada…. Miało być wieczorne przyjęcie …było pogotowie weterynaryjne  ….tak bywa. Miał być post o święcie które do nas zawitało, o „oburzaczach „którzy bronią polskości przez walkę z tym świętem, o pięknych pogańskich zwyczajach specjalnie dla „oburzaczy” ,o dyni i wielu innych rzeczach w temacie „strasznego” halloween , ale się nie udało… będzie o tym w przyszłym roku.  A z wieczoru ostała się jedynie dekoracja , nie upiorna, nie dyniowa, po prostu w tym roku przekornie glamour…

Prosty sposób nie tylko na Halloween :
  • Donica kupiona na „gratach” zesprejowana w tym wypadku na czarno ( ale na Boże Narodzenie może być czerwona, złota, biała ,a na Wielkanoc żółta lub zielona)
  • Pokrywamy ją klejem w sprayu i obsypujemy czarnym brokatem ( w przypadku BN może być złoto, srebro, biel)
  • Wypełniamy donicę piaskiem , wtykamy konar drzewa zesprejowany na czarno ( na Boże Narodzenie odpowiednio – biel , złoto, srebro Wielkanoc- zieleń , żółć)
  • Wieszamy na drzewku co pasuje , ja dodałam brokatowe kwiaty, czarną orchideę i brokatowe czaszki ( w przypadku innych świąt jest masa dodatków do wyboru )
  • Piasek obkładamy mchem ( może być prawdziwy)- który właściwie pasuje do każdej stylizacji


    I to tyle… jaki efekt?  Można Halloween obchodzić ( jak ktos sie nie wstydzi , bo to  przecież nie polskie ;))bez dyni ( którą notabene uwielbiam ;)można …Może nie wszytkim sie spodoba , dla nie których będzie zbyt cmentarne ale dla mnie jest przekornie glamour ;)
    Pozdrawiam wszystkich serdecznie

    niedziela, 6 listopada 2011

    Kadzidła z Jesiennej Lawendy ...i Andrzejowe placki..

    No i przyszedł czas na ostatnie zbiory...przesadzona, cudem odratowana w małej cząstce  lawendowa plantacja , która teraz jest maleńkim poletkiem, odpłaciła mi za mój wysiłek i ratownie jej przed okrutną glebą- pieknymi nawet pażdziernikowymi kwiatami...



    Na zimę została przygotowana chyba ;)tym razem  prawidłowo, trochę może za późno ,bo pod koniec października , ale było w tym roku ciepło do końca jak widać jej kwitnienia;)
    Kwiaty w bukietach poszły do suszenia w dość ciemne miejsce ,aby nie straciły koloru.



    Krótkie łodygi połączone zostały w małe wiązanki ...
    Po przycięciu nie wyrzucam gałazek z liścmi , służą jako kadzidło.Pięknie pachnący dym dobrze wpływa na samopoczucie i zdrowie.Jeśli wdychamy dym, skutek może być podobny jak wówczas, gdybyśmy roslinę zjedli. Znamy to działanie nie tylko w przypadku uspakającej lawendy ;)



    Za to w okolicach dymu z lawendowego kadzidła mogą przebywać nawet dzieci :)
    Najlepiej uzywać do palenia kamiennej misy  wyłożonej dla ochrony naczynia piaskiem ,z żarkami lub zwykłym węglem drzewnym lub użyć specjalnego kominka od spodu podgrzewanego tealightem.
    Nasi przodkowie wierzyli, że wonny dym oczyszcza ciało, duszę i umysł, a także chroni dom przed złymi duchami. Oj mam tych duchów  w tym roku do przepędzenia sporo....Uwalnianie ducha rośliny przez jej spalenie  to rytuał wyjątkowy,  łączą się w nim dwie ważne rzeczy: intencje i zamiary człowieka oraz magiczną moc palonej rośliny .Mówi się ze róza pachnie sercem , a lawenda duszą...coś w tym jest ...Do wonnych dymów można używać też innych roślin i ziół :
    • Lawendowy dym odradza i oczyszcza
    • Dym z jałowca  oczyszcza i osłania duszę oraz dom po zimie
    • Rozmaryn energetyzuje
    • Róza przywraca ponoć utraconą harmonię uczuć
    • Natomiast dym z bluszczu jest trujący
    Okadzona dymem będę czekać z utęsknieniem na chwilę kiedy "uspakajać" mnie będzie codzienność...

    Andrzejowe  placki
    Z jabłkowych zbiorów z braku czasu cydru w tym roku nie będzie …spróbujemy zrobić ocet jabłkowy , a na razie wcinamy popisowe jabłkowe placki w wykonaniu Andrzeja .

    Przepis na placki jabłkowe prosty i błyskawiczny:

    • jabłka obieramy i kroimy w drobną kostkę
    • w misce mieszamy składniki ciasta : mleko 0,5 l, mąki 1 szklanka , cukier wanilinowy, proszek do pieczenia, można jak ktoś lubi  dodać cynamon, 
    • mieszamy i dorzucamy pokrojone jabłka (4-5 sztuk)
    • gotową mieszankę chochlą wykładamy na rozgrzany olej na patelni
    • smażymy na złoto z obydwu stron
    • posypujemy mocno cukrem pudrem i gotowe ;)
    Smacznego

    środa, 2 listopada 2011

    Przegrany Poker....apel do wszystkich którzy znajdują małe kotki

    Przegrany Poker....apel do wszystkich którzy znajdują małe kotki....
    W przeddzień Święta Zmarłych wjeżdżając ciemną drogą do naszej wsi ,Andrzej dojrzał coś maleńkiego wpatrujacego się w rozpędzony smochód. Natychmiast się zatrzymał, myśleliśmy ,że to maleńka wiewiórka...ale maleństwo okazało się trzytygodniowym kotkiem.Pomimo blasku świateł, dźwięku hamującego samochodu kruszyna siedziała nadal na drodze jak zahipnotyzowana ,nie poruszając się, nie uciekając ....Zabraliśmy go do  domu , maleńkiego, cichutko miauczącego z wdzięcznymi za uratowanie życia oczętami. Cały wieczór dreptał za nami ,przysiadał na nas jak kapucynka i spał wtulony w nasze ciepło. Nadanie maleństwu imienia przypadło jak zawsze Andrzejowi, został nazwany Pokerem , w związku z tym że wychodząc na ciemną drogę zagrał o nawyższą stawkę i wydawało się ,że ją wygrał...Pomyslałam sobie ,że Andrzej ma swojego ulubieńca Karola, który świata za nim nie widzi , a Poker będzie moim , uratowanym ,chowanym od małego pieszczochem....


    Pierwszy Listopada był dla Pokera leniwym ale i radosnym ,pełnym pieszczot dniem....aż do wieczora , przestał jeść ,wtulił się mi w kolana i spał , niby normalnie ,spokojnie , potem zbyt spokojnie ... nagle zaczął gwałtownie oddychać , przekręcał się nie kontrolowanie z boczku na boczek....ciałko stało się bezwładne , błagalnie popiskiwał i patrzył szeroko otwarymi oczętami...wezwałam pogotowie weterynaryne, diagnoza była miażdząca ,ale dawała maleńki cień nadzieji...neurologiczne objawy uszkodzonego mózgu .Jeśli to obrzęk to istnieje nikła szansa po podaniu sterydów na jego zmniejszenie, jesli krwiak szans nie ma żadnych.
    Prawdopodobnie siedział skulony na drodze , po wyrzuceniu z samochodu jakiegoś bezdusznego człowieka bez żadnych objawów uszkodzenia mózgu ani ciała lub była to neurologiczna choroba genetyczna.
    Po serii sterydów i glukozy zostawiono mi Pokera, nieregujacego na bodźce pod opiekę.
    Do rana miało się okazać ...rozpoczęliśmy walkę o maleńka istotę...
    Od 22 co godzinę zmieniałam maluchowi butelki z gorącą wodą które ogrzewały jego kocie ciałko (miał temperaturę agonalną 36 stopni)...
    Co 40 minut przewracałam jego bezwładne ciałko z jednego boku na drugi ,aby nie dopuścić do zmian w płucach....
    Zwilzałam jak lekarz przykazał usteczka wodą z miodem...
    Po sterydach oczka miał cały czas otwarte, kiedy próbował miauczeć ,patrząc nimi głęboko mi w oczy płakałam z bezradnosci ....
    Koło 5 nad ranem błagalne piski były już zapowiedzią końca....Maleńki Poker walczył dzielnie ,ale przegrał ....
    Zaczęło się gdybanie ... Gdyby zastanowił nas fakt ,że nie ucieka z drogi, gdybyśmy wczesniej wyczuli niską temperaturę ,gdybyśmy pojechali do weterynarza nie czekając na pracujący dzień gdyby, gdyby, gdyby.....
    Na wszelki wypadek apeluję do wszystkich którzy znajdują maleńkie zwierzęta o natychmiastową konsultację weterynaryjną , być może gdyby od razu został mu podany zastrzyk, bez objawów , jedynie na podstwie poszlak o uszkodzeniu mózgu miałabym swojego szczęsliwego kociaka, a on szczęśliwy dom ....
    Choć w tym roku słońce grzało, drzewa się złociły, jak nigdy w Święto Zmarłych dla mnie
    1 listopada okazał się dniem obfitym w przeżywanie i oglądanie śmierci na własne oczy...

    poniedziałek, 17 października 2011

    5 porad jak nie marnować żywności

    Wczoraj był Światowy Dzień Nie Marnowania Żywności ....
    Zerknęłam do swoich szafek i tam o zgrozo … zapasów dla pułku wojska , piekę , trochę piekę ale  4 kg mąki !, 4 kg cukru !, kilkanaście cukrów wanilinowych!….gotuję , trochę gotuję ale 5 paczek kasz!, 6 rodzajów makaronów!, ryże różnej maści!, kilkanaście galaretek,budyni! itp….. jeden rzut oka na lodówkę ,a tam mleko 5litrów, kilkanaście różnych serów, wędliny,puszki ,na blacie stos owoców i warzyw wcale nie czekających na uwięzienie w słoikach ;)
    a przecież wiem, czytam i ….zapominam  ,wczorajszy dzień mnie natchnął do przypomnienia prostych sposobów uniknięcia marowania żywności ….żywności której mamy pod dostatkiem, na wyciagniecie ręki ,a zapominamy ,że na ziemi co 6 osoba głoduje i wcale nie dotyczy to trzeciego swiata….
    A więc ;
    • planować zakupy , a jeśli to możliwe i jadłospis na parę dni wprzód
    • kupowac jedynie produkty na kolejne parę dni
    • wszystkie organiczne odpadki wyrzucać na kompost ( to dla szczęśliwców mieszkających na wsi bądź tez posiadajacych ogrody )
    • tak segregować i wprowadzać rotacje we własnej lodówce aby nic nie straciło terminu ważności
    • pamiętac, że z resztek można wyczarować pyszne potrawy
    - z resztek wędlin, warzyw , serów – pizze, jajecznicę  lub łazanki
    - ze starego chleba- grzanki do zup lub grzanki z serem nacierane czosnkiem, można tez nasączyć go mlekiem i podać go czworonożnym pupilom jeśli ktoś posiada
    - ze starych owoców warto ugotować kompot
    - z wczorajszych ziemniaków sałatkę żydowską lub kopytka
    Taki kurczak na przykład po porcjowaniu na piersi i skrzydełka które posłużą jako danie główne może przysłużyć się jako baza do zupy ,a następnie ugotowane mięso jako składnik galaretki …. Mozliwości jest mnóstwo i należy się pokusić, aby je odszukać jak nie dla ludzkości to dla własnego portfela;)

    Przepis na chutney z zielonych pomidorów właściwie wpisuje się w konwencję ( zostały biedaczki na krzaku ,a słońce zaszło .Mogły wylądować na kompoście ,a tak znajdą się na zimowych kanapkach ;)
    a więc go zamieszczam


    Składniki :
    • 1kg zielonych pomidorów
    • 2 cebule
    • 1 szklanka cukru
    • 2 szklanki octu jabłkowego
    • 0,5 szklanki rodzynek
    • cynamon
    • proszek curry
    • pieprz cayenne
    • 2 łyzeczki mąki kukurydzianej
        Zielone pikle - jak zrobić :
      • zielone pomidory i cebule kroimy w cienkie plastry
      • umieszczmy w misce i przesypujemy solą
      • dolewamy tyle zimnej wody, by wszystko przykryła
      • przyciskamy obciążonym talerzykiem,
      • zostawiamy na noc
      • następnego dnia odsączamy pomidory wraz z cebulą i płuczemy je starannie w zimnej wodzie.
      • wkładamy do dużego rondla, dodajemy cukier, ocet, rodzynki,curry,pieprz
      • podgrzewamy aż cukier się ,zagotowujemy i gotujemy na wolnym ogniu pół godziny.
      • w szklance mieszamy 2 łyżeczki mąki kukurydzianej z taką samą ilością wody i wlewamy do pomidorów.
      • mieszamy, gotujemy jeszcze chwilę, a kiedy wszystko zgęstnieje,
      • przekładamy pikle do wyparzonych słoików.
      • słoiki zakręcamy, odwracamy i zostawiamy do wystygnięcia.
      • Zielone pikle gotowe po miesiącu
      Smacznego.
      warto tam czasem zerknąć dla przypomnienia....

      Indiańskie fotostory....

      ach ta dziecięca radość ze wszystkiego...kiedy to my dorośli stracilismy :)
      spontaniczne reakcje, brak wstydu, skupienie na zabawie....gdzie się to w nas podziało;)


      poniedziałek, 10 października 2011

      Piękna złota jesień zamieniła się w deszczową paskudę...
      Można ratować się przed przeziębieniami spowodowanymi paskudą na rózne sposoby, dziś o syropie z czarnego bzu....
      Czarny bez jest gatunkiem leczniczym. Kwiaty bzu zawierają olejki eteryczne oraz związki wapnia, sodu, potasu i żelaza .Krzew ten ma szerokie zastosowanie w medycynie domowej. Jego owoce są czarne, a kwiaty białe lub kremowe, stąd bywa czasem nazywany bzem białym. Roślina – tak popularna w Polsce – występuje nie tylko w Europie, lecz także w Azji Mniejszej i Afryce Północnej.
      Wykorzystujemy  zarówno owoce, jak i kwiaty bzu. Pamiętajmy jednak że, wszystkie części krzewu zawierają toksyczny składnik – sambunigrynę – która powoduje nudności, słabość i wymioty. Nie można zjadać na surowo. Gotownie powoduje unieszkodliwienie toksyny .Swobodnie więc można zaufać starym przepisom....

      Bogaty w witamine B i C Syrop z czarnego bzu stosuje się w celu :

      • korzystnie wpływa na układ odpornościowy
      • środek lekko napotny przy przeziębieniach po 2 łyżki na szklankę dwa razy dziennie.
      • środek witaminizujący
      • wzmacniający 
      •  usmierzający migreny
      • lekko moczopedny
      • do pielęgnacji cery
      • do płukania gardła
      • wpomaganie przy przeziębieniach i grypie -pić 3 razy dziennie po 1 szklanki odwaru  na 1 szklankę wody, dosładzając lub nie

      Przepis na syrop z czarnego bzu jest nieskomplikowany:
      • 1 kg owoców (tylko czrnych ,mocno dojrzałych) zasypujemy 0,5 kg cukru oraz dodajemy około 1 szklanki wody.
      • NAJŁATWIEJ ODŁĄCZYĆ OD SZYPUŁEK OWOCKI WIDELCEM ( JAK NA ZDJĘCIU)
      •  gotujemy, aż do uzyskania syropu, pilnując by zbyt nie wrzało
      • rozlewamy do bteleczek,przecedzając
      • z proporcji wychodzi około litra syropu

      na zdrowie ;)
       

      poniedziałek, 3 października 2011

      Zielono mi - Smażone zielone pomidory....próba generalna

      Ostatnie promienie wrzesniowego słońca nie dały rady okrasić czerwienią pozostałych , spóźnionych  pomidorów..
      Patrząc na usychające krzaki z dorodnymi acz zielonymi pomidorami przypomniałam sobie
      o fantastycznie pozytywnym filmie i książce o tym samym tytule Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory" Zawsze mnie ten tytuł intrygował , chciałam zasmakować w zieleni pomidora....

      Jesli ktoś nie widział filmu polecam.Urokliwa opowieść o przyjaciółkach , pełna humoru historia właściwie o zwykłych ,ale jak zapomnianych a właściwie nie zapomnianych lecz nie docenianych w naszych czasach  , podstawowych prawdach życiowych jak lojalność w przyjaźni i miłości ,szacunek czy zwykła ludzka życzliwość. Ksiązke czyta się lekko ,ciepła opowieść akuratna na zimowe wieczory .
      Ale do rzeczy ....
      Aby przygotować ten zielony przysmak zaopatrzyć należy się w :
      • 4 duże zielone pomidory , pokrojone w grube plastry
      • Sól , pieprz
      • jajko
      • bułka tarta lub mąka
      • 2-3 łyżki masła
      Jak uczynić smażone zielone pomidory:
      • Pokrojone dość grubo plastry pomidorów posypujemy solą oraz pieprzem i zostawiamy na kilka minut..
      • Panierkę przygotowujemy jak na klasyczne schabowe
      • Plastry pomidorów obtoczamy w jajku, następnie w bułce tartej lub mące.
      • Jeśli ktoś lubi można dwukrotnie wykonać tą czynność aby nadać im grubość.
      • Masło roztapiamy na rozgrzanej patelni.
      • Pomidory smażymy po obydwu stronach na złoty kolor , sprawdzając czy wystarczająco zmiękły.
      • Odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.
      W oryginalnym książkowym przepisie dodany jest bekon , ja nie za  bardzo przepadam więc go nie użyłam. Wyszły bardzo ciekawe kotleciki ,troszkę kwaskowe, ale smak intrygujący.
      Podałam z czerwonymi koktajlowymi pomidorkami i rukolą. Następnym razem spróbuję przełożyć mozarellą , myślę , że taka wariacja będzie trafiona….Zostało mi zielonek jeszcze trochę więc poczynię też pikle gdzieś taki przepis kiedyś czytałam… Czerwone pomidory od dawna są w moim sercu, a właściwie gardle ;) na jednym z pierwszych miejsc,  zielone są dalej ... ale narazie ,dopóki nie znajdę odpowiedniej konfiguracji.Polecam zielone próby wszystkim eksperymentującym .

      niedziela, 2 października 2011

      Jej Szerokość Jurta- pierwsza odsłona

      Tradycyjna Jurta którą z powodzeniem rozstawiają do dziś Mongołowie jest zbudowana z drewnianej kraty pełniącej rolę szkieletu, pokrytej wojłokiem i brezentową tkaniną.
      Taka konstrukcja gwarantuje schronienie przed olbrzymim słońcem i każdym mrozem. Dzięki swojej budowie i mikroklimatyzacji jest w niej chłodno latem i ciepło zimą. Podstawą jej jest wielokąt posiada od 4 do 12 ścian ,jej waga to około 200 kg, jest wygodna w transporcie ,a jej rozłożenie trwa około 4 godzin.

      Historia jurty sięga ponad trzech tysięcy lat wstecz. Plemiona na stepach Mongolii od zawsze prowadziły koczowniczy tryb życia więc wymagały najprostszej konstrukcji do wielokrotnego składania i szybkiego rozkładania która miałaby służyć im za schronienie. Nie od początku miała swoją formę ,nie posiadała pierwotnie drzwi , jedynie płachtę wejściową,
      Tyle opisu…A u nas ….nasza jurta przypłynęła do nas z Ułan Bator ponad rok temu, biedaczka przeleżała rozczłonkowana w stodole cały sezon wraz zimą….w końcu po przygotowaniu terenu i drewnianej podłogi pod jej Szerokość Jurtę zaprosiliśmy do postawienia pewnego rodowitego Mongoła niejakiego pana Bolto mieszkającego obecnie w Polsce poznańskiego masażystę .
      Nie mówiąc prawie nic w naszym ojczystym języku przeprowadził dość sprawnie sześciogodzinny montaż Jurty .
      Andrzej wraz z Mateuszem i Mikołajem pod czujnym okiem Pana Bolto podawali,przesuwali, wiązali , trzymali ,ustawiali ,ale też łamali poszczególne elementy konstrukcji…..
      Na drewnianej podłodze rozłożyli jak harmonijkę drewnianą kratkę będącą podstawą konstrukcji, dowiedzieli się przy tym pierwszej ciekawostki pokazanej niemal na migi ,mianowicie, że kratki na swoich przecięciach, a jest ich sporo są połączone ….uwaga – specjalnie wysuszoną utwardzoną wołowiną …..!!!!
      Opasali drewnianą kratkę sznurami łącząc z malowanymi tradycyjnie drzwiami jakimś szybkim węzłem w wykonaniu pana Bolto.
      Tu dowiedzieli się, że sznury są uplecionymi włosami wielbłąda….


      Po środku jurty postawili dwie pięknie malowane kolumny ,a na nich sprawnie Pan Bolto umiejscowił okrągły świetlik tak zwane TOONO – okrągłe okno w suficie przez które w pogodną noc można oglądać gwiazdy…
      Dzięki otworowi w suficie nie tylko powietrze w jurcie doskonale cyrkuluje ,ale również dzięki niemu promienie słońca mogą służyć jako zegar słoneczny wędrując po kratkach ścian.
      Zdobionymi pałąkami w ilości ponad 50 połączyli toono ze ścianami .Wtedy też najmłodsza latorośl – nastoletni Mikołaj został wytypowany do wdrapania się na samą górę aby rozpocząć naciąganie wojłoka – ociepliny z wełny oczywiście….wielbłądziej. Jako najlżejszy z budowniczych okazał się nie najlżejszy dla konstrukcji i…..parę pałąków się połamało, na szczęście tylko one a nie moje dziecię ;)
      Po ociepleniu wielbłądzią wełną, pokryli konstrukcję derką i na końcu zdobionym meandrami białym nieprzemakalnym płótnem.
      Całość obwiązali potrójnie włosianymi sznurami i jurta stanęła gotowa. Jest ponoć tak wytrzymała ,że stawia opór wiatrom stepowym i trzęsieniom ziemi. Tych dwóch ostatnich wcale się nie spodziewamy więc dla nas najważniejsze aby przetrwała parę polskich zim….
      Pożegnaliśmy małomównego Mongoła i zaczęliśmy urządzać wnętrze zgodnie z tradycjami .W centralnym miejscu postawiliśmy kozę z kominem , w odpowiednim miejscu łóżka po łuku ( dopasowane do okrągłych ścian ), szafki, umywalkę ,stolik i krzesełka , całość pokryliśmy barwnymi dywanami i skórami, na drewnianą konstrukcję przyszedł pas ozdobnego jedwabiu. Jeszcze trochę dodatków ,lampek i kadzideł i będzie bajkowo…. Bajkowo mam nadzieję będą mogli ogrzać się w niej pierwsi goście.
      Sami mamy chęć zanocować w tym uroczym wnętrzu, popatrzeć na gwiazdy, poczuć się jak nomadowie… wpierw jednak czeka nas jeszcze dopasowanie materacy do nietypowych łózek…
      Na koniec parę ciekawostek na temat jej Szerokości Jurty
      W tradycyjnej jurcie chodzi się zgodnie z ruchem wskazówek zegara , nie można gwizdać ,bo przynosi to pecha, nie powinno się nadeptywać na próg – który jest symboliczna granicą , za talki czyn niegdyś skracano o głowę,
      Nie powinno się jeść lewą ręką , za to powinno się przyjmować jedzenie od kogoś obydwiema … takie tam , urocze przesądy…Urocze jak cała Ona , taka stateczna, mocno na ziemi osadzona, cieple otulona i pięknie ( choć przez Mongołów nie koniecznie starannie ;) tradycyjnie ozdobiona Jej Szerokość Jurta.
      Ma nadzieję ze nocleg w jej ramionach będzie dla każdego czymś nowym , niezapomnianym wrażeniem. Zapraszamy.
      No i na koniec możemy się pochwalić ,że jest pierwszą oryginalną jurtą na dolnym Śląsku....





      środa, 21 września 2011

      dotacja ,wariacja,bum....

      dwa lata temu kiedy po trzech latach poszukiwań swojego miejsca na ziemi , znaleźliśmy to w którym obecnie próbujemy się odnaleźć , jednym z czynników który zadecydował o kupnie był fakt ,iż
      2,5 ha gospodarstwo prócz odremontowanego domu w którym mieszkamy , czterech stodół  gotowych do szaleństw i przeróbek, posiadało również drugi dom do kapitalnego remontu.Strzaszydło  na które patrzyłam przez prawie dwa lata przez kuchenne okno...
      Oczami wyobraźni widzieliśmy w nim mały, przytulny, pensjonat lub lepiej brzmi dom dla gości , gdzie mogłabym każdy pokój zaaranżować jak chcę , dobierać kolory, meble, dodatki.....
      Pełni nadzieji zaczęliśmy się starać o dotację unijną na remont strzaszydła .... po uzyskaniu pozwoleń na budowę , projektów,kombinacjach z meldunkiem ;),kosztorysach inwestorskich i całej tej biurokracji, po 6 miesiącach otrzymaliśmy kilkanaście stron uwag do wydawałoby się kryształowego, dopracowanego wniosku....poprawiliśmy i ....mimo to odbiliśmy się od ściany...człowieczek rozpatrujący wniosek zinterpretował po swojemu pewien obligatoryjny według niego punkt ..
      ponieważ prowadzę działanośc ,dom gościnny zanim będzie użytkowy , juz na etapie projektu musi być zgłoszony jako usługowy , tym  samym musi być na dziłałce usługowej.....co oczywiście w przypadku kiedy w gminie jest plan zagospodarowania jest nie mozliwe do zmiany od ręki....paradoks , jako rolnik tworzący agroturystykę nie musiałabym tego zgłaszać ani nawet później płacić podatków z tego tytułu, no i oczywiście byłabym w Krus ....ale jako osoba posiadająca jednoosobową działanośc gospodarczą juz jestem inaczej traktowana nie wspominając o złodziejskim Zusie ....
      Dotacja upadła ....będziemy starać się o kolejną ,ale to dłuuuuuuuuuuga droga...
      Abym ze spokojem patrzyła przez okno , czekając dłuuuuuuuuuugie lata na werdykt , mój Andrzej przeprowadził lifting przyszłego domu dla gości. Samodzielnie usunął drewnianą "narośl" ;) przylkejoną do eleacji, skuł tynki, "rzucił "coś na elewację i dorobił okiennice...dostawiłam trochę kwiatów, homonto i jakoś uśmiecham się patrząc na dziedziniec...czekając ;)

      niedziela, 18 września 2011

      amore pomidore ..suszymy pomidory

      No i minął bezpowrotnie ostatni weekend lata …przepiękny , słoneczny, radosny, zebraliśmy ostatnie, a zarazem pierwsze w naszym „dorobku ‘ pomidory. Z miłości do włoskiej kuchni , zapachów, smaków kolorów i z pragnienia uwięzienia choć odrobiny lata , pokusiliśmy  się na ususzenie wyhodowanych pierwszy raz pomidorów. Niestety nie na słońcu, a w elektrycznej suszarce. Suszone w domu pomidory ( można oczywiście też w piekarniku) są bez porównania lepsze niż kupione w sklepie. No i cena nie poraża ….Są miękkie, soczyste, zapewne nie przetrwają w naszej spiżarce tygodnia J

      Składniki:
      • pomidory (1kg na słoik) –użyliśmy własnych, ale ponoć najlepsza odmiana to podłużne rzymskie
      • oliwa – my dodaliśmy oliwy z oliwek, ale można też mieszać olej z oliwa o różnych aromatach
      • zioła i przyprawy –tu nie ma żadnych ograniczeń , co komu pasuje , dodaliśmy bazylię i oregano
      • czosnek – według uznania, my dużo i ostro ;)
      • ocet – użyliśmy winnego
      • sól
      Przygotowanie( tu wersja piekarnikowa , w suszarce wszystko tak samo tylko prościej , włączamy przycisk i czekamy ;)
        - Pomidory kroimy na połówki (większe na ćwiartki) i łyżką usuwam pestki z gniazdem nasiennym
        -Układamy dosyć ciasno na talerzach suszarki lub blasze piekarnika , skórką do dołu ,solimy
        -Piekarnik nastawiamy na temperaturę ok. 80 st. C z termoobiegiem Otwarty piekarnik, na niskim poziomie po 4 godzinach w piekarniku krawędzie pomidorów zrobią się jasne, następnie pomidory zaczną zmniejszać swoją objętość i delikatnie się kurczyć. Wyjmujemy kiedy są mocno pomarszczone ale nie jak chipsy;)
        -Doprawiamy po wyjęciu dowolnymi ziołami, skrapiamy octem i mieszamy
        - Do wyparzonych słoików z czosnkiem układamy  pomidory jeden po drugim ale nie do końca ponieważ po dolaniu złotej oliwy napęcznieją.
        - Podgrzewamy dosyć mocno olej i zalewam nim słoiki zamykamy i odwracamy do góry dnem, aby w ten sposób same się wekowały. Uwaga na zagotowany za mocno olej – zesmażą się jak frytki jeśli przesadzimy z temperaturą
        - Tak zaklęte w słoiczkach kolory lata następnego dnia gotowe są do spożycia
          Spożycia właściwie jeśli chodzi o mnie ze wszystkim, o kazdej porze i w kazdej ilości ,do wszystkiego mi pasują , kanapek, sałatek, dań ciepłych , właściwie tylko w wersji słodkiej ich nie próbowałam ;) ale może to jeszcze przede mną


           I to na tyle , a jaka satysfakcja ……
          polecam przesmaczny blog z pomidorami w tytule ;)

          piątek, 2 września 2011

          jadą wozy kolorowe...

          z tym naszym etno campingiem było tak ,szukając pomysłu na nietypowe formy noclegów objeliśmy taki oto kierunek : skoncentowac się na wędrowcach, nomadach których łaczy umiałowanie wolności i umiłowane zwierzę mojego lubego czyli kuń oczywiście :) tym tropem idąc mamy już Indian Ameryki Pólnocnej w tipi , Ludy wędrowne z Azji , głównie Mongolii w Jurcie lub tzw. gerze ,chcemy aby kolejnym lokum noclegowym był  Vardo - wędrowny wóz cygański z taboru....
          bedzie nam dane albo i nie - posmakować rozkosznych klimatów bohemy (swoją drogą nazwa powstała od łacińskiego słowa oznaczajacego Czecha (sic)kiedys bowiem królowała teoria ,iż Romowie właśnie z Czech pochodzą)
          ... poszukuję konstrukcji do przerobienia co w miarę odda kształt karawanu, ręsztę powoli mozolnie spróbujemy stworzyć od zera... malowanie ,sztukateria, drapowania, pewnikiem ktoś nam powinnien w tym pomóc ale większość spróbujemy sami.Ale bez bazy ani rusz...
          Jest jeszcze alternatywa aby konstrukcję metalową obudować sklejką i resztę dorabiać ...zobaczymy , najchętniej kupiłabym stary wóz cygański który nikomu juz się nie przyda i odnowiła.Niestety jak wspomniałam w Polsce to raczej nie możliwe , jedyne oryginalne wozy stoją w Tarnowie w muzeum , a za granicą ceny są porażające ! W Anglii jest sporo  oryginałow, ale tez duzo firm które robią takie cacka od podstaw...gdyby ktoś słyszał o opuszczonym , zdezelowanym wozie wdzięczna będę za namiar.

          czwartek, 1 września 2011

          Jak to z lawendą było..

          miejsce ochrzciliśmy mianem Rancho Lavender , szukając połączenia końskich ciągot Andrzeja i moich lawendowych....postanowiliśmy nawet na wiosnę zeszłego roku porwać się z motyką na słońce- zasadzić hurtem tysiąc sadzonek królowej Prowansji....I jak to ludzie z miasta popełnilismy wszystkie mozliwe błędy w tworzeniu plantacji.Chociaż przebadaliśmy z grubsza ziemię i wydawała się wystarczająco bogata w wapń, to jednak ....
          1.Posadzilismy ją (wszystko własnoręcznie) wczesnym latem zamiast wiosną ,zajęci pracą w mieście ciągle nie mieliśmy na to czasu (biedaczka odstała w doniczkach trochę dni..)
          2.Był okropnie suchy i gorący lipiec , a potem przyszła okrutna zima i majowe przymrozki ze śniegiem
          3.Okazało się ,że wszystko do kupy jej nie posłużyło.... plantacja nie przeżyła, prawie tysiąc sadzonek nie odbiło;(
          4.nasza pierwsza rolnicza klęska nie dawała mi spokoju , zadając po czasie niestety setki pytań dziewczynie która nam sprzedała sadzonki doszliśmy do sedna sprawy - na ziemi o której nic nie wiedzieliśmy kupując 2 ha ,tzn. o jej przeszłości rolniczej -stosowana była chemia która pozostaje w glebie do 5 lat utrudniając wzrost niektórych roslin. Ot rozwiązanie zagadki.















          Morał więc taki parafrazując Cycerona - Kto nie zna historii rolniczej swej ziemi zawsze pozostanie dzieckiem w szkole upraw..
          na wiosnę tego roku sto szdzonek które dawały nadzieję przesadziłam bliżej domu do innej nie uprawianej ziemi,zaczniemy tym razem powoli... nie odrazu Rzym zbudowano i powiniśmy o tym pamiętać we wszytkich życiowych przypadkach....
          Nazwa z lawendą została,czekając na lepsze czasy

          na zdjęciach nasze lawnedowe początki...

          a tu obrazek z ......2 MAJA 2011!!!!

          uparłam się na kuchnię retro

          do tej pory wszystkie moje kuchnie były dziełem przypadku, albo spadkowe rzeczy których nie wypada wyrzucić tworzyły przestrzeń kuchenną, albo był to taki moment w moim życiu ,że kuchnia liczyła się w nim jedynie wtedy gdy żoładek przyklejał się nam do pleców ,tak zajęci bylismy innymi niż kulinarnymi uciechami....Tu będzie inaczej, postanowiłam wytrwać i sumiennie moja wiejską kuchnię kompletować w kolorach "majtkowych";) cała jest w bieli ,podobnie jak cały dom więc dodanie jej rumieńców kolorami z lat 50 powinno  jej dobrze zrobić. Niestety obawa jest jedna, zanim zdążę uzbierać na dominanty kuchenne -Kitchen Aid i lodówkę Smega vintage w kolorze baby blue , mogą modele retro wyjść z produkcji ;)

          narazie udało mi się nabyć wagę kuchenną i pojemniki ceramiczne

          środa, 31 sierpnia 2011

          Etno camping w budowie....

          trochę zdjęć z naszego rancho....






          udało nam się ,a własciwie chłopakom
          postawić pierwszy obiekt noclegowy  na naszym Etno campingu ;) Tipi indiańskie w całej okazałości...już nie mogę się doczekać kiedy w końcu będę mogła pourządzać w nim wnętrze...czeka nas jeszcze podłoga ....no ale już bliżej niż dalej....w zeszłym roku ten kawałek ogrodu wyglądał jak niekochany gąszcz zielska i chwasów...  padł mi aparat i ostatecznego kształtu tipi jeszcze nie widać ..... no ale w  tygodniu czeka chłopaków stawianie jurty mongolskiej;) więc dokumentacja zdjęciowa zostanie uzupełniona.
          Przeczekała biedaczka (jurta )prawie rok w stodole....ale teraz stanie tam gdzie jej miejsce;) na kawałku ziemi  wraz z innymi "osobistościami" ze świata . I tak kiedy już staną tipi i jurta moze z czasem dołaczy do nich wóz cygański i domek trapera....narazie mam stos inspiracji jesli chodzi o wozy, trochę rysunków wykonawczych, ale zadnego producenta;( tak zeby go sobie zakupić oryginalnego to oczywiście marzenie ściętej głowy .... w Polsce brak, za granicą ceny z kosmosu...

          wtorek, 30 sierpnia 2011

          nasz zwierzyniec ....

           Dwa lata temu wraz z domem na wsi zostalismy włascicielami dwóch kotek i psa
          zwierzaki były "przy domu" nie należały do poprzedniej właścicielki , zostały więc jako dobrodziejstwo ... Mój Andrzej jako Pan domu stał się więc odpowiedzialny za ich przyszły los ,i tak mu jakoś poszło ,że obydwie kotki w pierwszym roku były kotne ;) Udało nam się rozdac w dobre ręce 11 maluchów, jeden pozostał przy domu, a właściwie przy Andrzeju.
          Czarna kotka z racji swojego podobieństwa do żony Baracka  została ochrzczona Obamą, w jasnej kotce mój mąż-niemąż dopatrzył się podobieństwa do Krystyny Loski więc została Krystyną. Syn Krystyny który pozostał przy domu to Karol.Uroczy kundel ,dozgonnie pałający miłoscią do Andrzeja został Zygmuntem. Musze chyba poczytac co oznacza taka  personifikacja pupili.... ;)
          Koń jeszcze nie jest nasz, ale mamy głęboką nadzieję, ze  moze w przyszłym roku zostniemy jego właścicielami...czas pokaze

          letnie impresje

          ten spokój na wsi rekompensuje mi
           wszystkie trudy które czekają mnie w mieście.....


          w tym roku w sadzie jest raj dla śliwkowych łacuchów;) wszystkie rodzaje , węgierka, mirabelka obrodziły tak ,że nie dajemy rady z przerobem ;) w zeszłym roku moje życie było tak skoncentrowane na firmie w mieście ,że kompletnie wiejskiego lata z takimi urokami nie pamiętam.....no i w spizarni z zeszłego roku nie ma ani jednego słoiczka, nie z powodu wyjedzenia wszystkiego zimą .. co to to nie ,poprostu wstyd się przyznac ,że mając takie zbiory NIE ZROBIŁAM ani jednego przetworu.

          Co innego tego lata, powidła śliwkowe zrobione, jarzębinowy sos do mięs, kompoty z czereśni, chutneye z cukini , ogórki,placki ciasta.... wszystko to  udało mi się poczynić paradoksalnie z powodu utraty części mojego życia ...częsci tak zwanej miejskiej...próbuję się bez nej odnaleźć - narazie jest smacznie;)
          Czekam na jabłka , mam ich drzewach za trzęsienie , postanowiłam zrobić Cydr i ocet jabłowy.
          Podzielę się przepisem choć przyznam ,że mam kłopot z wyborem wąłściwego z sieci...moze ktoś podeśle mi sprawdzony..


          początek...

          prawie rok biłam się z myślami , czy umiałabym pisać o swoim życiu...czy mam coś do powiedzenia......temat wracał do mojej głowy za każdym razem kiedy czytałam i przede wszystkim oglądałam blogi które mnie inspirowały .Potem nastąpił ciąg tragicznych wydarzeń w moim dotąd idyllicznym życiu, który ciągnie się do dziś...od pół roku pozostaję w jakiegoś rodzaju letargu, straciłam firmę i zajęcie któremu poświęcałam się bez reszty...pracy która wypełniała całe moje życie. A właściwie była moim życiem , jak się bowiem  okazało oprócz niej moje życie nie istniało...definiowałam siebie przez pryzmat tego jak i jak długo pracowałam .....pustka która mnie ogarnęła po utracie wszystkiego czym się zajmowałam przeraziła .... zawsze pomagało spisanie smutków i spalenie karteczki ....tym razem nic nie pomogło.
          Blog ma być dla mnie samej dokumentem podnoszenia się z kolan po upadku...
          Postanowiłam bowiem wziąść się z życiem za bary i spróbować od zera w całkiem innym kierunku, w kierunku dotąd mi nieznanym ,kierunku odnalezienia swojego życia...paradoksalnie  ten ostry zakręt pewnie uratował moje życie....
          Mam takie miejsce na wsi które miało być moją przystanią na emeryturze, teraz muszę stworzyć tam swój świat obecny, ożywić je dla siebie ,ale też dla ludzi... powoli kiedyś mgliste Rancho-Lavender ma stać się sensem mojego życia i przystanią dla wędrowców...