środa, 31 sierpnia 2011

Etno camping w budowie....

trochę zdjęć z naszego rancho....






udało nam się ,a własciwie chłopakom
postawić pierwszy obiekt noclegowy  na naszym Etno campingu ;) Tipi indiańskie w całej okazałości...już nie mogę się doczekać kiedy w końcu będę mogła pourządzać w nim wnętrze...czeka nas jeszcze podłoga ....no ale już bliżej niż dalej....w zeszłym roku ten kawałek ogrodu wyglądał jak niekochany gąszcz zielska i chwasów...  padł mi aparat i ostatecznego kształtu tipi jeszcze nie widać ..... no ale w  tygodniu czeka chłopaków stawianie jurty mongolskiej;) więc dokumentacja zdjęciowa zostanie uzupełniona.
Przeczekała biedaczka (jurta )prawie rok w stodole....ale teraz stanie tam gdzie jej miejsce;) na kawałku ziemi  wraz z innymi "osobistościami" ze świata . I tak kiedy już staną tipi i jurta moze z czasem dołaczy do nich wóz cygański i domek trapera....narazie mam stos inspiracji jesli chodzi o wozy, trochę rysunków wykonawczych, ale zadnego producenta;( tak zeby go sobie zakupić oryginalnego to oczywiście marzenie ściętej głowy .... w Polsce brak, za granicą ceny z kosmosu...

wtorek, 30 sierpnia 2011

nasz zwierzyniec ....

 Dwa lata temu wraz z domem na wsi zostalismy włascicielami dwóch kotek i psa
zwierzaki były "przy domu" nie należały do poprzedniej właścicielki , zostały więc jako dobrodziejstwo ... Mój Andrzej jako Pan domu stał się więc odpowiedzialny za ich przyszły los ,i tak mu jakoś poszło ,że obydwie kotki w pierwszym roku były kotne ;) Udało nam się rozdac w dobre ręce 11 maluchów, jeden pozostał przy domu, a właściwie przy Andrzeju.
Czarna kotka z racji swojego podobieństwa do żony Baracka  została ochrzczona Obamą, w jasnej kotce mój mąż-niemąż dopatrzył się podobieństwa do Krystyny Loski więc została Krystyną. Syn Krystyny który pozostał przy domu to Karol.Uroczy kundel ,dozgonnie pałający miłoscią do Andrzeja został Zygmuntem. Musze chyba poczytac co oznacza taka  personifikacja pupili.... ;)
Koń jeszcze nie jest nasz, ale mamy głęboką nadzieję, ze  moze w przyszłym roku zostniemy jego właścicielami...czas pokaze

letnie impresje

ten spokój na wsi rekompensuje mi
 wszystkie trudy które czekają mnie w mieście.....


w tym roku w sadzie jest raj dla śliwkowych łacuchów;) wszystkie rodzaje , węgierka, mirabelka obrodziły tak ,że nie dajemy rady z przerobem ;) w zeszłym roku moje życie było tak skoncentrowane na firmie w mieście ,że kompletnie wiejskiego lata z takimi urokami nie pamiętam.....no i w spizarni z zeszłego roku nie ma ani jednego słoiczka, nie z powodu wyjedzenia wszystkiego zimą .. co to to nie ,poprostu wstyd się przyznac ,że mając takie zbiory NIE ZROBIŁAM ani jednego przetworu.

Co innego tego lata, powidła śliwkowe zrobione, jarzębinowy sos do mięs, kompoty z czereśni, chutneye z cukini , ogórki,placki ciasta.... wszystko to  udało mi się poczynić paradoksalnie z powodu utraty części mojego życia ...częsci tak zwanej miejskiej...próbuję się bez nej odnaleźć - narazie jest smacznie;)
Czekam na jabłka , mam ich drzewach za trzęsienie , postanowiłam zrobić Cydr i ocet jabłowy.
Podzielę się przepisem choć przyznam ,że mam kłopot z wyborem wąłściwego z sieci...moze ktoś podeśle mi sprawdzony..


początek...

prawie rok biłam się z myślami , czy umiałabym pisać o swoim życiu...czy mam coś do powiedzenia......temat wracał do mojej głowy za każdym razem kiedy czytałam i przede wszystkim oglądałam blogi które mnie inspirowały .Potem nastąpił ciąg tragicznych wydarzeń w moim dotąd idyllicznym życiu, który ciągnie się do dziś...od pół roku pozostaję w jakiegoś rodzaju letargu, straciłam firmę i zajęcie któremu poświęcałam się bez reszty...pracy która wypełniała całe moje życie. A właściwie była moim życiem , jak się bowiem  okazało oprócz niej moje życie nie istniało...definiowałam siebie przez pryzmat tego jak i jak długo pracowałam .....pustka która mnie ogarnęła po utracie wszystkiego czym się zajmowałam przeraziła .... zawsze pomagało spisanie smutków i spalenie karteczki ....tym razem nic nie pomogło.
Blog ma być dla mnie samej dokumentem podnoszenia się z kolan po upadku...
Postanowiłam bowiem wziąść się z życiem za bary i spróbować od zera w całkiem innym kierunku, w kierunku dotąd mi nieznanym ,kierunku odnalezienia swojego życia...paradoksalnie  ten ostry zakręt pewnie uratował moje życie....
Mam takie miejsce na wsi które miało być moją przystanią na emeryturze, teraz muszę stworzyć tam swój świat obecny, ożywić je dla siebie ,ale też dla ludzi... powoli kiedyś mgliste Rancho-Lavender ma stać się sensem mojego życia i przystanią dla wędrowców...